Karoryfer Lecolds

Opowieść o powstaniu zespołu

Rozdział I

Pewna malutka dziewczynka obudziła się pewnej szafirowej nocy, związała włosy w kucyk osadzony wysoko na głowie i pobiegła na pewne wzgórze.

Z ołówkiem w ręce usiadła na kamieniu i patrzyła jak wstaje dzień. Słońce leniwie jak słoń wychodziło zza lasu a jego promienie niczym trąby szarżowały po niebie.

Dziewczynka uśmiechała się, ale tylko jednym kącikiem ust. Szybko naskrobała na kartce nagłą myśl: „Chcę mieć zespół co gra i śpiewa to o czym szumi las. To o czym beczy koza, i kot miauczy na bezdrożach. Co porywa wszystkie smutki i każe się ludziom śmiać”.

Drugi kącik ust uniósł się w górę a czerwona kokardka zaszeleściła poruszona wiatrem. Dziewczynka westchnęła płaczliwie i wyruszyła w świat.

Rozdział II

Z drugiej strony kosmosu, za siedmioma górami, za siedmioma dolinami, drzemało sobie wielkie, szafirowe jezioro spowite rzęsą wodną i liliami. Chlapiąca fala i ciemna głębina ów jeziora niosła maleńką niczym łupinka, starą łódź. A na niej, przycupnięta w kątku i lekko skropiona rosą poranka siedziała dziewczynka z czerwoną kokardką. Opływała cały świat poszukując radości i słońca.

Nagle, wśród spienionych szczerzących kły bałwanów, zauważyła unoszącą się na wodzie lekko omszałą skrzynię. Bez zastanowienia chlupnęła w falę jak syrenka i dopłynęła do niej chowając się przed spienionymi bałwanami w szafirową toń. Wtargała skrzynię na pokład z niemałym trudem. Powoli uniosła do góry skrzypiące wieko. Wewnątrz nie było nic, prócz jednej przyniszczonej drewnianej fujarki. Malutka dziewczynka uniosła ją do ust.

Dmuchnęła.

Pośród morskiej bryzy, wśród szumów fal i krzyków mew, popłynęła muzyka...

Rozdział III

Pewnego pachnącego lawendą poranka wypełnionego pomiaukiwaniem kota, stary człowiek smutno pokiwał głową.

Stukot końskich kopyt rozbrzmiewał echem tłumionym przez kłęby rozwścieczonego kurzu, co szarym dywanem przykrywał brukową kostkę drogi wijącej się pomiędzy kramami targowiska. Zanim słońce wyturlało się w całości zza pagórków i przebiło promieniami splątane gałęzie drzew, grupa małych brudnych chłopców zgromadziła się przy starej lipie. Tam, na wilgotnym jeszcze mchu, leżał zwinięty w kulkę, malutki chłopczyk.

Spał tak twardo, że ani ćwierkające pośród liści wróble, ani przekupki sprzedające na targu ser i jaja, ani nawet chichoty zgromadzonych przy nim dzieci nie były w stanie go obudzić. Uśmiechał się we śnie, marząc o wielkim świecie, dalekich oceanach i siedmiogłowych potworach do unicestwienia, cichutko przy tym pochrapując.

Zanim gromadka dzieci popadła w nudę obserwując śpiącego chłopca, najbrudniejszy z nich, ten z wielką dziurą w rajtuzach i twarzą czarną jak kamień leżący na dnie kałuży, podbiegł i kopnął chłopca w ramię. Jego brunatne, wijące się kędziory, nie myte od tygodni podskoczyły złośliwie, odsłaniając iskierki płonące pod powiekami.

Wyrwany ze snu chłopiec przetarł wielkie niebieskie oczy malutkimi piąstkami, a grupa gapiów zaśmiała się głośno. - Uciekaj stąd, to nasze drzewo! – krzyknął któryś. Oczy malutkiego chłopca zwilgotniały. Przecież nie zrobił nic złego. Zerwał jedynie kilka gałązek jaśminu w ogródku pani sąsiadki i ukradł z sadu jabłko, i tak już wcześniej nadgryzione przez robaka.

Kopniaki trochę go zmartwiły, a okropne wyzwiska które usłyszał nie przypadły mu do gustu. Niechętnie oddał też stare sandały z rozklekotanymi podeszwami. Ale kiedy któryś z łobuzów wyrwał mu fujarkę przyczepioną do paska, dmuchnął głośno aż zaskrzypiała, a potem odwrócił się na pięcie i odszedł wraz z pozostałymi członkami bandy, chłopiec bezwiednie zatrzepotał rzęsami spośród których, jakby zupełnym przypadkiem, wytoczyły się wielkie błyszczące łzy.

„Nie płacz, jak urosnę to cię obronię” wymerdywał ogonem mały łaciaty piesek, co pojawił się nagle u stóp chłopca. Nie umiał jeszcze szczekać, ale jakże dobrze wiedział co znaczy kopniak od kogoś większego niż on. Chłopiec wytarł oczy potarganym rękawem, wziął szczeniaka pod pachę i z pochyloną głową ruszył wolnym krokiem w nieznane.

Myśl o utraconych, pięknych dźwiękach trzcinowej fujarki wirowała w malutkiej główce niczym huragan nad falującym oceanem. Strzępy wspomnień, drżące jak niebo opętane piorunami, tańczyły nad górami i dolinami. Raz po raz zza chmur wyłaniało się słońce, a potem wicher gonił się z deszczem po zasnutych mgłą łąkach. I znów słońce suszyło zroszone doliny, a malutki chłopczyk szedł, nie odwracając się za siebie. Wędrował tak długo, aż doszedł do miejsca, gdzie rzeka łez którą wypłakał łączyła się z oceanem.

Przycupnął na kamieniu, przytulił łaciatego pieska co podążał za nim wytrwale i nagle… Usłyszał w oddali utęskniony dźwięk.

I wtedy niebo stało się ziemią, a ziemia niebem.

[Viola Król]